2017-02-06

Demon [2015]

Оди́н... Два... Три... Четы́ре... Пять...

Cztery palce i dwie dziurki w nosie.

Fabułę wszyscy znają, bo opisywano ją wielokrotnie. Na polskie zadupie przyjeżdża mody Anglik, by wziąć sobie za żonę tę oto Żanetkę i przysiąc jej miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic. Oraz pojeździć koparką, przy pomocy której w gaiku zielonym odkopuje szkielet.
Kobieta w wieku lat ze śladami blunt force trauma oraz  z nogą  –  część widzów oglądała „CSI: Las Vegas”, więc była w kursie, a noga była jedna.

Szkielet znika, Anglik znika, a kiedy pojawia ponownie jest jakiś nie teges: rozkojarzony, nerwowy, odbija mu się brakiem śniadania. Nietegesowatość pogłębia się na weselu, gdy Anglik zaczyna się giąć, prostować, krzyczeć, womitować treścią, a na koniec mówi językami. Konkretnie jednym językiem – jidysz, który połowa zebranych rozpoznaje po trzech słowach, a druga połowa nie rozpoznaje, ale wystarczy jej, że to nie po polsku, żeby się oburzać. Stan zdrowia i zachowanie pana młodego sprawia zebranym sporo problemów: jedni nie rozumieją, co młody wykrzykuje, drudzy nie rozumieją, czemu się wygina, inni mają pretensje, że wykrzykuje za głośno i  zagłusza muzykę, kolejni maję pretensje, że „znowu o Żydach” i wychodzą z wesela kina, depcząc pozostałym po nagniotkach, rodzina panny młodej nie chce skandalu, więc wiąże pana młodego paskiem i zamyka go w piwnicy. Tylko wodzirej z druhną zachowują się jak na rozsądnych ludzi przystało, ryćkając się energicznie w kąciku. Wszystko kończy się w bardzo polskim stylu: pan młody znika, wszystko nagle się urywa i nikt nic nie rozumie, ale nikogo to nie obchodzi, bo wszyscy są pijani w trzy dupy i smęcą oniryzmami oraz Kaszpirowskim.

„Więc jeszcze seta – znakomicie! Padnijmy, ale zgódźmy się...”

Początek był obiecujący: klimatyczna muzyka, ciekawe zdjęcia i plenery, szybkie, nienachalne „wizytówki” głównych bohaterów, jakieś zgrabne sygnały zapowiadające tragedyję i już się zacząłem wciągać, już mi ciary zaczęły łazić po plecach...
Dzień dobry, jestem Wyobrażeniem Wsiowego Polaka – powiedziało Wyobrażenie Wsiowego Polaka, łojąc gołdę litrami bez względu na porę dnia.
Dzień dobry, jestem Wyobrażeniem Polskiego Żyda – powiedziało Wyobrażenie Polskiego Żyda, rozglądając się za pieniążkiem, który przecież powinien gdzieś tu być. Nie znalazło, bo Wyobrażenie Polskiego Żyda zatrudnione było na etacie nauczyciela, a widział ktoś nauczyciela przy forsie?
Kurwa mać! – powiedziała postać, grana przez Andrzeja Grabowskiego, zatrudnionego głównie po to, żeby jego postać mówiła „Kurwa mać!” efektownie i z przydechem.
Ja też tak powiedziałem, bo mi nastrój filmu gdzieś uciekł.
Przepraszam – powiedział nastrój filmu i wrócił. Po kwadransie. Na chwilę.

I tak było przez cały film – za każdym razem, gdy nastrój zrobił mroczniejszy i zaczynał ściskać za gardło, twórcy włazili z butami i koniecznie musieli podkreślić, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie tam, gdzie wszyscy mówią „kurwa”, chleją gorzałę i nie lubią obcych. Ech, żeby choć z butami włazili… Ale nie – w sandałach na skarpety włazili, wymachując artystycznym salcesonem, a scena z tortem pobiła wszelkie rekordy obciachu i to nie obciachu postaci, tylko raczej tych, którzy owym postaciom kazali się tak zachowywać. I nie chodzi mi wcale o „Polaków obrażajo”, bo do tego Polacy filmów nie potrzebujo, radzo sobie z tym znakomicie sami, ale o „obrażajo widzów”, bo budowanie postaci  spójnych i bardziej skomplikowanych niż taboret, to przecież przejaw szacunku do widza. Podobnie jak budowanie w miarę spójnej fabuły i może ja się czepiam, ale kiedy ktoś mi pokazuje polski ślub z rozmachem, przepychem, harmonogramem i wieczorem panieńskim, to bardzo bym prosił, żeby nie wciskać mi kitów typu „pan młody jest sam, samiutki, bez rodziny i przyjaciół, przyjeżdża dzień przed weselem, a zamiast schlać się na wieczorze kawalerskim, zorganizowanym przez energicznego szwagra, popyla do wieczora po ogrodzie koparko-spychaczem, bo teren pod wesele leży odłogiem”. Rozumiem, że to film i czasem potrzebne jest „dla dobra fabuły załóżmy, że...”, ale kamaan, to nie może być „Załóżmy, że księżyc jest z pomidorów, lipiec jest w lutym, a Jarosław Kaczyński pobił rekord Polski w skoku wzwyż”. 

Zagram dziś państwu pieśń na Rolandzie oraz "Pieśń o Rolandzie"

Ale OK, oddychałem głęboko, liczyłem do dziesięciu i oglądałem, bo szklanka była, co prawda, do połowy pusta, jednak druga połowa szklanki była przecież pełna. Pełna ciekawych rozwiązań fabularnych i plastycznych, przeskoków, aluzji. W tej połowie szklanki nie było dosłowności...
No to w końcu zabili tego pana młodego czy im zwiał w nieznane? – dopytywał się Głos Wewnętrzny
Zabili, nie widziałeś pochówku? – tłumaczyła Opinia Publiczna
Ale pochówek był przecież o wiele wcześniej i w pełnej gali – Głos Wewnętrzny był zdania, że  ponowne ubieranie szanownych zwłok w smoking i muszkę byłoby lekką przesadą, a ewentualni ubierający byli napizgani jak Messerschmitty, więc na pewno pomyliliby guziki i nie zawiązaliby muszki tak dokładnie – I kto kierował koparką, skoro szwagier i Ronaldo stali pod krzaczkiem? Ksiądz?
...były niejasności...
No bo jeśli nauczyciel tłumaczy, że o Hanie „słuch zaginął”, a duchowi Hany trzeba tłumaczyć, że jej rodziny już nie ma, to wygląda na to, że Hana nie była na bieżąco, ergo nie zginęła w Zagładzie jak reszta społeczności żydowskiej miasteczka, tylko wcześniej –  Głos Wewnętrzny drążył uparcie.
Czyli że co? Przedwojenna zbrodnia w afekcie na tle uczuciowym albo rasowym? – dopytywała się Opinia Publiczna – Że niby rodzina ją załatwiła za zadawanie się z gojem?
...czy niedopowiedzenia, jak w końcowej scenie z Żanetą na promie, gdy jej strój i wygląd może sugerować żałobę i zerwanie z przeszłością, ale gdyby się ktoś uparł, to mógłby zacząć szukać tu kolejnego dybuka – tym razem ducha Piotra, siedzącego w Żanecie.

No i ta scena, w której pijani weselnicy spotykają trzeźwych pogrzebników – zachwyciła się Opinia Publiczna.
Nie, tu akurat znowu się reżyserowi polska romantyczność włączyła i poleciał paździerzem. Co się zdarzało w filmie często. Zgrabnie uszyto kontrast duchowe (ksiądz) versus naukowe (doktor), po czym kazano postaciom wykręcić ideologicznego fikołka, więc dla równowagi wciśnięto Kaszpirowskiego. Zabawnie zestawiono nauczyciela (czarny garnitur, białe włosy) z lekarzem (biały garnitur, czarne włosy), czy weselną biel (wy)strojów z czarnym błotem podwórza, ale pannie młodej kazano zasuwać przez pół wesela w kiecce, uwalanej do kolan ziemią i oczywiście nikt z gości na to nie zwrócił uwagi. Hmmm... a wiecie, że to mogłoby być ciekawe? Weselna biel nie jako barwa świętości, a raczej doczesności, błoto jako symbol mocno grobowy i czarno-biała Żaneta, próbująca pogodzić, zrozumieć oba światy, trzymająca się mocno realizmu, ale ryjąca w błocie w poszukiwaniu wyjaśnienia... 
A Hana na biało? – skontrowała Opinia Publiczna.
Próbuje wracać do świata żywych, nie? 
A Jasny ubrany na ciemno? – Opinia Publiczna drążyła uparcie.
Skoro Jasny, to może być na ciemno, nie? Zdefiniowany jest przez imię i to wystarczy. Warta zauważenia byłaby natomiast scena, w której Jasny wypiera się Piotra przed ojcem, i natychmiast potem zdejmuje krawat, jedyny jasny element garderoby. Jakby tym zaparciem i gestem przechodził na Ciemną Stronę, stawał się wspólnikiem w... hmm, w winie? w zbrodni?... w czymś złym. 
A ksiądz?
A ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo i weź się odczep, dobra?

A my tymszasę przysząsimy sobie wzmosniony kąposssich...

Budowano nastrój świetnie wykonaną piosenką o Lorci, a rozwalano go przy pomocy „Idziemy w tango”… A najczęściej reżyser wypuszczał w bój Andrzeja Grabowskiego, bo jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma chuja we wsi, a kiedy pan Andrzej powie „Kurwa mać”, to nie ma go tym bardziej, jest tylko radosny śmiech pokoleń oraz publisi.

Ale wiesz, może to był celowy zabieg? – Opinia Publiczna we wszystkim szukała drugiego dna – Może to było świadome zderzanie duchowego z przaśnym, konfrontacja sacrum z profanum a nawet z profanum vulgus, którym większość odi, nawet jeśli owym vulgusem jest właśnie?
Że niby dybuk w filmie i sacrum jako obcy duch w przaśności polskiego ciała przedstawionego? Być może, ale jeśli nawet, to chyba nie bardzo autorowi wyszło. Jak zwykle, gdy ktoś chce w jednym dziele upchnąć za dużo. A w „Demonie” Marcin Wrona próbował upchnąć tyle, że przypominało to pakowanie wielkiego balona do worka: tu się wciska – tam wyłazi, tam się na nim opieramy – a on wypucza się ówdzie, poszedł reżyser w demony – spłaszczał kwestię społeczną, łzawa taniocha smętów nauczyciela zabijała klimat grozy, nawiązania do  „Wesela” (a może raczej do wszystkich „Wesel” – Wyspiańskiego, Wajdy i Smarzowskiego), kulawione były przesadą, wywołany przez demona pożar kaleczyły prostawe dialogi Jasnego z ojcem… OK,  ja też lubię bigos, ale bigos nie polega na tym, że się wrzuca do gara, co jest pod ręką, bełta całość, gotuje i od razu podaje – bigos wymaga uwagi, odpowiedniego doboru składników, wielokrotnego przesmażania, żeby się smaki „przegryzły”. 

Bigos przegryza się przez pana młodego

Mogły tu powstać dwa bardzo dobre filmy (a powstało pół); mógł to być bardzo dobry horror albo niezłe kino psychologiczno-społeczne w sosie z odkrojonej nam przez czas (i czasy) pamięci. Próba zmieszania tego w całość nie bardzo się Marcinowi Wronie udała, zwłaszcza, że postanowił jeszcze „dosmaczyć” film grepsami śmieszkowatymi i zamiast kontrolować dzieło, stał się jakby ofiarą swojego własnego filmowego dybuka, sam utrudnił widzowi odbiór. To, oczywiście, bardzo sympatyczne, że widz może sobie interpretować film na wiele sposobów, że może patrzeć nań przez swój własny prywatny kulturowo-interpretacyjny pryzmat, ale dobrze by by było, gdy  mógł robić to z przekonaniem, iż właśnie taki był był cel reżysera, prowadzącego go umiejętnie ścieżkami i miedzami i meandrami. Niestety, w przypadku „Demona” nie mam tej pewności.

Film w dużej mierze trzyma się na aktorach: na rewelacyjnym Itayu Tiranie, który z roli Piotra wycisnął więcej niż w niej naprawdę było i zasłużył na wszelkie przyznawane przez polskie kino nagrody (zwłaszcza na te, których nie dostał, a chyba nie dostał żadnej), na świetnym po raz kolejny Adamie Woronowiczu, który dźwigał drugą część filmu, na grającej żywiołowo Agnieszce Żulewskiej…
– ...na Andrzeju Grabowskim – dodała Opinia Publiczna.
Tu właśnie niekoniecznie. Znaczy, Andrzej Grabowski formalnie jest postacią numer 2 w tym filmie, ale nie zagrał nic wielkiego – te same grepsy, co w dziesiątkach innych filmów, te same miny, ta sama melodia, a kiedy tylko próbował zagrać coś „bokiem”, jakoś się odcisnąć, wpasować w nastrój  – zderzał się ze scenariuszem i zaczynał się szamotać. Szkoda, bo przecież to aktor idealny do filmów mrocznych, posępnych: w roli Gebelsa w „Pitbulu” pokazał, że umie zbudować klimat samym spojrzeniem, a kiedy jeszcze dodamy ten dudniący spod wątroby głos, cedzący powoli  kolejne kwestie… Niestety, w „Demonie” Andrzej Grabowski nie był posępny, za to musiał energicznie kurwować, mamrotać o śnienu śnienia śnienia i odliczać po rosyjsku.

пятьсот сорок семь, пятьсот сорок восемь, пятьсот сорок...

Tomasz Schuchardt zagrał słabo, Włodzimierz Press miał być łzawy, więc był łzawy (tylko czy musiał być łzawy do przesady?), Cezary Kosiński nie miał wiele do grania, ale zgrabnie się zaznaczył, Katarzyna Gniewkowska w roli teściowej przesadziła, moim zdaniem, za to Tomasz Ziętek (nie, nie w roli teściowej) był niezły, w tle mignął parę razy Filip Pławiak, odtwórca głównej roli w ciekawym „Czerwonym pająku”, a ryćkającego wodzireja zagrał asystent reżysera Piotr Domalewski.

Wizualnie film by bardzo smaczny. Świetne, miękkie, ale głębokie zdjęcia Pawła Flisa i naprawdę bardzo umiejętnie, malarsko ustawiane plany (m.in. bele siania na zamglonej łące, wyglądające jak macewy). Scenografia i plenery na plus, muzyka również. Uwaga – świetny dźwięk. Jedyne problemy ze zrozumieniem aktorów miałem tylko wtedy, gdy Tomasz Schuchardt i Agnieszka Żulewska mówili po angielsku, ale z ich angielskim nawet najlepszy dźwiękowiec nic by nie zrobił. Poza tym – kudosy dla Mirosława Makowskiego oraz Tomasza Sikory. Montaż… chaotyczny nieco. Czasem cięcia wypadają  w miejscach zupełnie niepotrzebnych, ujęcia przeskakują ni w pięć, ni w dziewięć i to czasem psuje scenę.

Niedosyt. Może nie rozczarowanie, ale na pewno niedosyt, bo potencjał był potężny. I stąd pewnie moja, przesadna być może, irytacja – gdyby od początku do końca zalatywało tu średniactwem, pewnie byłbym spokojniejszy, nie jarałbym się i nie rozczarowywał podwójnie, po prostu machnąłbym ręką. Mimo wszystko gdzieś między „można”, a „warto”.

Publiczność zdawała się nie podzielać tej opinii



VARIA
1. Podstawą scenariusza był dramat Piotra Rowińskiego „Przylgnięcie”. Piotr „Pyton” ze sztuki był miejscowym gangsterem, próbującym „ulegalnić się” poprzez uruchomienie bodaj stacji benzynowej na działce, na której znaleziono później szczątki Hany. Różnice między pierwowzorem a filmem są podobno dość zasadnicze, ale ponieważ sztuki nie znam, a nigdzie w okolicy jej nie grają...
2. Adam Woronowicz dostał nominacje do „Orłów 2016” za rolę drugoplanową i przegrał z Wojciechem Pszoniakiem, grającym w „Excentrykach...”. Filmu Janusza Majewskiego jeszcze nie widziałem, ale jeśli Pszoniak wygrał z Woronowiczem, to chyba powinienem „Excentryków...” zobaczyć czym prędzej dla samego tylko Wojciecha Pszoniaka. Na marginesie, nominacja dla Adama Woronowicza była jedyną, jaką otrzymał „Demon”. Pardąsik, ale to co najmniej dziwne, zwłaszcza, gdy się przejrzy listę nominacji 2016 we wszystkich kategoriach.
3. W scenie, w której doktor ma odwozić księdza i w świetle reflektorów widzi Żanetę ryjącą szpadlem w ziemi, mamrocze słowa: „Przepadnij, bądź przeklęty, złamany i wygnany, synu błota, synu nieczystego, synu gliny”. Czepiać się, że skąd niby powiatowy lekarz zna talmudyczne zaklęcia odpędzające demony (Szab. 67a), czy odpuścić? Eee, odpuszczę, zwłaszcza, że to naprawdę zgrabnie zagrało w scenie.
4. Filmpolski.pl twierdzi, że plenery kręcono w Bochni. Przykro mi, nie rozpoznałem ani jednego, a ponieważ Bochnię znam dość dobrze, to może to jednak nie Bochnia? Natomiast zrujnowany dwór, w którym rozgrywa się część scen to na bank XIX-wieczny dwór Sobolewskich koło Barczkowa (niedaleko Uścia Solnego), a kościół to niemal na bank kościół w Szczurowej (because of sklepienie i rzeźby na zewnątrz).
5. Odwołania do „Dybuka” w książkowej wersji An-skiego i w filmowej wersji Waszyńskiego daruję sobie jako oczywiste. Odwołanie do „Lśnienia” w końcówce daruję sobie jako nieoczywiste. Rozważania na temat śmierci reżysera niedługo po premierze daruję sobie w ogóle i po prostu.
6. Końcowa scena z Andrzejem Grabowskim, „lecącym Kaszpirowskim” przypomniała mi wczesny film  Marcina Wrony „Człowiek magnes”, opowiadający o jego relacjach z własnym ojcem, Stefanem. Raz – że Stefan Wrona ma ostrego szmergla bionenergoparacośtam i bodaj nawet para się tym zawodowo, a dwa – że Andrzej Grabowski dość mocno przypominał go fizycznie. Taka klamra, spinająca twórczość reżysera, ciekawe czy zamierzona. Znaczy, przepraszam, klamra na pewno przypadkowa, bo w trakcie kręcenia filmu reżyser raczej nie planował zakończenia twórczości, ale czy odwołanie do ojca było kręcone z premedytacją, czy po prostu „tak wyszło”?
7. Monolog pijaczka, że „dawniej  to wszyscy byli Polakami, a Polska była wielka jak cały świat (...) potem zabrano nam Niemcy, Rosję, a na końcu zabrano nam Izrael” jest niepokojąco podobny do fragmentu „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej, którego nie będę cytował, bo i tak dzisiejszy wpis jest długi jak nieszczęście. Gdyby ktoś chciał porównać, niech sobie wrzucie w Gugla: „Masłowska + W dawnych czasach, gdy świat rządził się jeszcze prawem boskim, wszyscy ludzie na świecie byli Polakami”.
8. Miałem problem z imieniem dziewczyny-dybuka. Chana czy Hana? Samo „H” czy „Ch”? Przyjąłem wersję filmową – przez „H”, choć mi się nie podoba. 

„– Ludzie! – zawył, a łzy pociekły mu ciurkiem – A nie wiecie, gdzie jest droga na Walne?


============
Demon
Premiera:
  2015.10.16
Czas: 90 minut
Reżyseria: Marcin Wrona
Scenariusz: Paweł Maślona, Marcin Wrona
Obsada: Itay Tiran, Agnieszka Żulewska, Andrzej Grabowski, Tomasz Schuchardt, Adam Woronowicz, Włodzimierz Press, Tomasz Ziętek, Katarzyna Gniewkowska, Cezary Kosiński i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 800 000 zł. Film otrzymał też dofinansowanie z regionalnych Funduszy Filmowych: krakowskiego i śląskiego. Nie wiem, jak wielkie, bo jestem leniwy i nie chce mi się szukać, a fundusze nie ułatwiają, upychając informacje w internetowych zakamarkach.

5 komentarzy:

  1. Ja z kolei "Demona" nie widziałem, ale Pszoniak w "Excentrykach" bardzo był dobry. W ogóle cały drugi plan bardzo był dobry, w przeciwieństwie do dwójki głównych bohaterów, którzy... niedomówienie takie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /przesuwa "Excentryków..." o cztery pozycję w górę na liście "do obejrzenia"/

      Usuń
  2. Wiem, że to nie ta wycieczka, ale co z Poligonem Panie Kierowniku?

    OdpowiedzUsuń
  3. Posiadam to samo pytanie, co pytacz powyżej: co z Poligonem, panie Kierowniku?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kierowniku, serdeczne gratulacje z okazji dwusetnej recenzji! Dziękujemy za całą pracę włożoną w tworzenie tego bloga!

    OdpowiedzUsuń